Malina Wąsowska
CONCEPTWRITERKA, SCENARZYSTKA, DZIENNIKARKA, COPYWRITERKA
Rozmowa z Piotrem Piotrowiczem

Człowiek jest tyle

wart, ile może dać

drugiemu człowiekowi”

czyli rzecz o jastrzębskim Centrum Wolontariatu.

 

 

Siedziałam w oknie i patrzyłam na zachód słońca. Słońca oddalonego o sto pięćdziesiąt milionów kilometrów od Ziemi. Pod blokiem w śmietniku oddalonym ode mnie o pięćdziesiąt metrów  ktoś szukał kolacji. Myślałam o ogłoszeniu, które zobaczyłam rano w szkole: „Jeśli chcesz pomoc potrzebującym... centrum wolontariatu... numer telefonu... nazwisko” Zadzwoniłam. Z Piotrem Piotrowiczem, za-cą Komendanta Hufca ZHP, studentem naszej uczelni, twórcą jastrzębskiego Centrum Wolontariatu umówiliśmy się na wtorek.

         Całe jego mieszkanie to pięciometrowy pokoik z maluteńkim przedpokojem. Przy wejściu Piotrek poinformował mnie, żebym nie ściągała butów, bo nie „dorobił się” jeszcze odkurzacza. Rozmawialiśmy o tym, o czym marzy i bynajmniej nie o wilii z basenem i odkurzaczu...

 

CIĘŻKA PRACA

Każdy sam może być wolontariuszem, sam może poszukać sobie osoby, która potrzebuje pomocy. Bo o to tutaj chodzi. Niekoniecznie trzeba się zrzeszać w jakichś organizacjach. Wolontariuszem, moim zdaniem, nie jest osoba, która szuka chwały, można znaleźć jakąś babcię w swoim bloku, która potrzebuje pomocy i pomagać jej, robić to. To jest właśnie to ciche bohaterstwo, nie dla oklasków, ale po prostu dla drugiego człowieka.  A ja stworzyłem to Centrum tylko po to, żeby tym, którzy chcą pomóc i tym, którzy tej pomocy potrzebują, łatwiej było się znaleźć. Poza tym, gdy działa się samemu, jest, moim zdaniem, trudniej. Staram się, aby nasi wolontariusze czuli się docenieni. Człowiek się spala. Robisz coś społecznie, oddajesz się czemuś, aż nagle czujesz, że nie masz już siły na ani jeden dzień. Jesteś wypalony. Każdy potrzebuje czegoś, co doładuje jego akumulatory. Jakieś uznanie, wsparcie w chwilach załamania, docenienie tego, co się robi. Znam mnóstwo ludzi, którzy się wypalili po miesiącu. Jeżeli zgłasza się do mnie trzydzieści osób, które deklarują chęć pracy jako wolontariusze i z tej trzydziestki dwóch zostaje dobrymi, prawdziwymi wolontariuszami, to jest to sukces. Ale ludzi, którzy po tygodniu rezygnują, nie uważam za gorszych, za ludzi o mniejszej wartości. To nie tak. Jeśli ktoś przychodzi do mnie i mówi, że chce być wolontariuszem, to on przecież nie może wiedzieć, czy to jest coś dla niego. Przecież on tego nigdy nie robił, skąd więc może wiedzieć, czy będzie w tym dobry, czy się nadaje, czy się nie spali? Jeśli ktoś po miesiącu przychodzi do mnie i mówi: „nie, nie nadaję się do tego, przepraszam, to nie dla mnie”, to ja to rozumiem, ja to szanuję. Jednak taka sytuacja zdarza się bardzo rzadko. Przeważnie ktoś taki po prostu znika, po prostu przestaje przychodzić. To mi się nie podoba, jest to dla mnie oznaka niedojrzałości. Przecież to nie jest wstyd, każdy urodził się do czegoś innego, nie każdy może i nie każdy chce być wolontariuszem i dla mnie jest to zupełnie naturalne. To, że ktoś się nie nadaje do tej pracy, to nie jest wstyd. Wstydem jest tylko, według mnie, nie przyznać się do tego. Jeśli ktoś powie mi, że chce zrezygnować, to jedyne co mogę mu powiedzieć, to „dzięki, stary, że chociaż spróbowałeś”.

 

 

 

ODPOWIEDZIALNOŚĆ

Nasi wolontariusze mają wolną rękę, jeśli chodzi o to, jak często i kiedy spotykają się ze swoimi podopiecznymi. Ale jeżeli dowiaduję się, że spotykają się dwa, trzy razy w tygodniu, to dostają ode mnie opiernicz, reprymendę. „To jest ciężka praca, wymaga systematyczności, idźcie tam raz w tygodniu, będziecie mieli więcej sił. Spalić się jest bardzo łatwo. Wrzucić sobie czwórkę na starcie można. Tylko co potem? Sił wystarcza na jakiś czas a potem powstaje problem, bo na przykład wolontariuszka ma chłopaka, który wolałby, żeby ona jemu poświęcała więcej czasu niż jakiejś tam babci. A ona się do tych wizyt przyzwyczaiła, polubiła tą dziewczynę.. To są starzy ludzie, oni nie potrafią zrozumieć, że ktoś ich odwiedzał kilka razy w tygodniu, był bliski jak rodzina, a teraz już nie ma czasu, już ma inne sprawy na głowie... Dlatego jest to wielka odpowiedzialność, trzeba mierzyć siły na zamiary.

 

ZDROWY EGOIZM?

 

Dla mnie wolontariusz to jest osoba, która myśli nie tylko o innych, ale też o sobie. Ludzie, którzy oddają siebie w stu procentach innym, nie oczekując od życia niczego dla siebie to wyjątki. Matka Teresa była jedna. Większość z nas pragnie być szczęśliwymi. Ktoś poświęca całego siebie innym, non stop, na łeb na szyję i nagle zdaje sobie sprawę, że jest wykończony, wypalony. Dla mnie wolontariusz jest to ktoś, kto pomaga innym, ale tez ma swoje życie. Trzeba kochać innych, ale też i siebie. Dobrym przykładem  są tutaj niektóre kobiety, które najpierw poświęcają całe swoje życie swoim dzieciom, a potem są sfrustrowane, że nie walczyły także o własne szczęście. Ja jestem ratownikiem medycznym. Nauczono mnie jednej istotnej rzeczy. Jeżeli udzielasz pierwszej pomocy, to kto jest najważniejszą osobą? Ratownik. Nikt inny. Nie ten człowiek, który umiera, którego reanimujesz. Ratownik musi dbać o swoje zdrowie i życie, bo może jeszcze w swoim życiu uratować wiele ludzkich istnień. Tak samo jest z wolontariuszem. On jest najważniejszy. Musi mieć naładowane akumulatory, bo jeżeli on przyjdzie i powie, że już nie ma siły, to kto pomoże tej babci? No nikt!

 

 

PLANY I MARZENIA

Jestem zadowolony z naszych wolontariuszy, ale nie jestem zadowolony z siebie. Chciałbym stworzyć coś większego, Centrum Wolontariatu, które byłoby swoistą bazą danych: o osobach potrzebujących i tych, które chcą pomagać. Dla mnie osoba, która potrzebuje pomocy, to niekoniecznie musi być osoba stara czy niepełnosprawna. To możesz być ty czy ja. Na przykład zapracowana matka, której nie stać na wynajęcie opiekunki do dziecka. Dzwoni do Centrum Wolontariatu, a my tu mamy na przykład dziesięć studentek pedagogiki, które nie tylko mogą przy dzieciaku posiedzieć, ale i pomóc w lekcjach... Albo na przykład nasza wolontariuszka chodzi do jakiejś babci robić jej zakupy i widzi, że u tej pani coś nie tak z kranem albo z kuchenką gazową. No więc zaraz dzwonimy do pana dajmy na to Henia: „Panie Heniu, trzeba iść zobaczyć pani Nowackiej kran”. Albo ktoś potrzebuje porady prawnej, ale nie stać go na prawnika. A my mamy w naszej bazie danych adwokata, który chce też pracować społecznie, nie tylko za pieniądze.  Na takiej zasadzie widziałbym pracę profesjonalnego Centrum Wolontariatu. A czy to marzenie kiedyś się ziści? To zależy od ludzi, czy będą chcieli pomagać. Ludzie potrzebują różnej pomocy. Darmowe korepetycje, mycie okien, wsparcie emocjonalne... Każdy z nas na czymś się zna, ma coś, co może dać drugiemu człowiekowi. I hydraulik, i student, i księgowa.